środa, 1 czerwca 2011

Szyciowa przygoda, akt I

Wirusem szycia zainfekowałam sie niedawno, prawie 4 miesiące temu, w lutym 2011. Na pierwszy ogień poszedł konik - przytulanka dla córeczki, mała maskotka uszyta jeszcze ręcznie, grzywa oraz ogon powstały z resztek muliny. Taki mini-projekt na poziomie ucznia szkoły podstawowej. Myślałam wówczas, że na takich drobiazgach poprzestanę, a o szyciu ubrań nie śmiałam nawet myśleć, ja - takie beztalencie manualne... Okazuje się jednak, że szycie potrafi kompletnie zawrócić w głowie, sprawić, że chce się więcej i więcej... Nawet wtedy, kiedy efekty są marne ;)

2 komentarze:

  1. Dziękuję Koreńko, cieszę się, że się komuś podoba :)

    OdpowiedzUsuń